Kolejny weekend przeszedł do historii. Po intensywnej pracy czekam na niego jak na zbawienie, a on przemyka, ledwo zauważalny.
W niedzielę wybrałam się do Warszawy. Mając spotkanie w poniedziałkowy poranek, jakoś nie uśmiechało mi się wstawać o godzinie 5, żeby pociągiem dostać się do stolicy. Nie tym razem. Wolałam wyruszyć w niedzielę wieczorem. A że akurat moja siostra wracała do domu przez Poznań, dosiadłam się do niej do pociągu i tym sposobem 3 godziny miałyśmy tylko dla siebie. Podróż szybko zleciała, zjadłyśmy górę ciastek, paluszków, nakruszyłyśmy jak przedszkolaki. Szwagier przywitał nas w domu świeżym sokiem z marchwi.
Rano na szczęście nie musiałam się spieszyć. Na spotkanie dotarłam nawet przed czasem.
Obowiązki służbowe, obowiązkami, ale obiad z siostrą trzeba zjeść. Pomknęłam więc metrem w kierunku Wilanowskiej na wspólny lunch. Zawsze potem siedzimy jeszcze dłuższą chwilkę przy kawie. Takie fajne, małe chwile wyrwane w ciągu dnia. No ale czas wracać. Jeśli mam trochę czasu do odjazdu pociągu, odwiedzam księgarnię na dworcu i rzadko się zdarza, że wychodzę stamtąd z pustymi rękoma. Dzisiejsza lektura na trasie Warszawa-Poznań: tomik poezji Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Siedzę i czytam, czytam i uśmiecham się …
W tym parku pobladłym, bez śmiechów i gości,
przy róży rozkwitłej stoję.
Otośmy jedynymi świadkami piękności –
Ja jej, a ona mojej.
„Róża” Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
własnie. kiedy wybierasz sie do stolycy?
w następnym tygodniu….może da się coś urwać z dnia dla siebie:)