Przypomniała mi się historia z początku tego roku- wtedy nie było mi wesoło, ale w sumie teraz, jak sobie to przypomnę to nie mogę ze śmiechu.
Zima taka, jak teraz- mnóstwo śniegu, zasypane drogi i chodniki. Poprzedniego dnia dosyć późno wróciłam z delegacji i w sumie miałam zostać w domu, ale musiałam donieść koleżance jakieś dokumenty do biura. No więc niechętnie zbieram się- torebka na ramie, laptop w jednej ręce, torba z dokumentami w drugiej i idę. Nie uszłam daleko. Na chodniku przy pobliskiej posesji moja podróż dobiegła końca. Weszłam w samozaciskową linkę (taka plastykowa, która często używana jest np. do wieszania plakatów, czy na budowach). Widocznie ktoś, coś robił przy swoim domu, nie posprzątał a to cholerstwo walało się po ulicy. Ponieważ linka była biała, nie zauważyłam jej na śniegu- włożyłam jedną nogę, potem jakimś cudem drugą i runęłam w jednej sekundzie jak długa na ziemie (złapałam się jak we wnyki). Przez to, że miałam zajęte obie ręce nawet nie zdążyłam zamortyzować upadku. Minęła dobra chwila zanim doszło do mnie, że leżę twarzą w śniegu zmieszanym z piaskiem i solą ( klasyczne „mordo-tarcie” jak subtelnie podsumowali tę pozycję koledzy z pracy), z rozdartymi rajstopami, z płaszczem i spódniczką na głowie. Pozbierałam się i nie pozostało nic innego, jak wrócić do domu. Próbowałam zachować jeszcze przy tym resztki godności- przetarłszy twarz, otrzepałam z piachu czapeczkę, pozbierałam torby i dziarskim krokiem jak gdyby nigdy nic, licząc językiem czy mam wszystkie zęby, pomaszerowałam do domu. Nawet nie spojrzałam, czy kogoś w okolicy nie było, ale na bank przejeżdżały jakieś samochody, więc mieli tam niezły ubaw na pewno.
Drzwi otworzył mi mąż, który jeszcze nie wyszedł do pracy i po jego minie wiedziałam, że ma przed sobą obraz nędzy i rozpaczy. Nie mogłam wydusić z siebie słowa- zatkało mnie w gardle, a on aż mną zaczął potrząsać i w kółko pytał co się stało (pewnie pomyślał, że napadła mnie banda osiedlowych opryszków). W końcu trysnęły mi z oczu fontanny łez ( tak jak na japońskich kreskówkach) i po jakimś czasie wymamrotałam, że się wywaliłam
. Poszarpane ciuchy, na kolanach śliwki wielkości arbuzów, zbita ręka. Jak najszybciej chciałam wymazać to ze swojej pamięci.
Także uważajcie na tych oblodzonych i nieodśnieżonych chodnikach, patrzcie pod nogi, bo niezłego orła można wywinąć, z którego nie zawsze będzie się można pośmiać tak, jak ja teraz