W ostatni czwartek gorącego sierpnia wybrałam się nad morze. Wyjazd do rodzinnego domu zawsze jest przeze mnie mocno wyczekiwany. Udało mi się trochę wydłużyć weekend, przez co miałam więcej czasu na wypoczynek. W czwartek i piątek było przepięknie słonecznie. Większość czasu przeleżałam w ogrodzie na trawie, która wyglądała jak perski dywan. To była dopiero przyjemność. Leżenie na trawie, zajadanie brzoskwiń i czytanie książek.
Pojechaliśmy również na plażę. Morze tego dnia było spokojne i wyglądało jak tafla jeziora. Tylko kilkanaście osób z leżakami i parawanami – widać już koniec sezonu. Spokój, przyjemne słoneczko.

Mimo że temperatura wody była nie za wysoka, skorzystałam z rzadko nadążającej się okazji i popływałam trochę w naszym cudnym Bałtyku. Najgorsze było pierwsze zanurzenie, a później poszło już gładko. Brr.
Wróciłam z kolekcją kamyków i paroma fajnymi zdjęciami. Ukoronowaniem wieczoru była kolacja na tarasie domu z butelką kalifornijskiego wina. Niewiele w takich momentach potrzeba. Czas bez telewizji, komputera, polityki i innych problemów tego świata.
Jak zwykle, z zawartości przywiezionej, wypchanej po brzegi walizki, zgodnie z zasadą Pareto, korzystałam w 20 %. Ale któż to może wiedzieć przed wyjazdem. Zawsze wszystko może się przydać.
Powrót to 5 godzin w pociągu osobowym . Jedna osoba na drugiej. Przy zdrowych zmysłach trzymała mnie tylko „Obrona szaleństwa” Woodego Allena. Na dworcu w Poznaniu wysypaliśmy się z pociągu jak z tokijskiego metra. A ja prosto w ramiona ukochanego. Najwspanialsze zakończenie wspaniałego weekendu.

