Poważna kontuzja kolana sprzed dobrych kilku lat znacznie ograniczyła moją aktywność fizyczną. Żadnych gwałtownych ruchów, szybkich zrywów. Jednym słowem muszę uważać, aby nie uszkodzić i tak już słabych stawów. Kolano „odzywa” się co jakiś czas, co jest dosyć uciążliwe. Odpada jazda na nartach, łyżwach i rolkach. Oczywiście wskazana jest jazda na rowerze i basen. Niestety rower ostatnio mi ukradli, a w chodzeniu na basen wkurza mnie, że po wyjściu z szatni, jako krótkowidz, ledwo mogę trafić do przerębla z wodą – takie oto drobnostki zniechęcają mnie do stosowania się do zaleceń.
Ponieważ taka sportowa abstynencja nie jest na dłuższą metę zdrowa, postanowiłam dać sobie jeszcze jedną szansę. Dla siebie i swojego kolana, które niećwiczone coraz bardziej się rozleniwia i nie chce trzymać całej reszty w pionie.
Tak więc pewnego pięknego, sobotniego ranka wstałam, wybiegłam z domu…. i tak biegłam, biegłam, biegłam i tak przez pół godziny. Bieganie, hmmm- czy to aby dobry sport dla sfatygowanych kolan? Są różne teorie na ten temat, ale przy porządnej rozgrzewce i odpowiednim tempie nie musi to być aż takim obciążeniem dla stawów.
Spodobało mi się. Lekkie przebieżki, ruch na świeżym powietrzu- od razu lepiej. Zapewne skończyłoby się na kilku wypadach, gdyby nie ogłoszenie o biegu na 6 km, organizowanym w mieście. Postanowiłam wziąć w nim udział. Nic tak nie motywuje jak jasno wyznaczony cel, a moim było przebiegnięcie tego dystansu i po prostu dotarcie do mety. Zaczęłam więc treningi – bieganie po przyjściu z pracy, rozciąganie mięśni, wyrabianie kondycji.
<!–[if gte mso 9]> Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE <![endif]–><!–[if gte mso 9]> <![endif]–>
W dniu biegu, na linii startu trochę się nawet denerwowałam, czy ja w ogóle dam radę. Wreszcie sygnał do rozpoczęcia biegu. Miałam wrażenie, ze wszyscy nagle mnie wyprzedzają, ale postanowiłam biec swoim tempem, pamiętając co chcę tu osiągnąć. W połowie dystansu miałam lekkie zwątpienie, ale nie poddałam się. Postarałam się skierować strumień myśli na coś innego, niż na to, że bolą mnie już wszystkie mięśnie i bardzo chciałabym położyć się z boku na trawie i zapomnieć o tym całym zmęczeniu. Po drodze mijałam grupki osób, które kibicowały biegaczom, klaskając i pokrzykując- to również było bardzo fajne uczucie. Poczułam się jak prawdziwy sportowiec. I… osiągnęłam swój cel – dobiegłam do mety. Niezapomniana chwila, ogromna satysfakcja. Po tym wszystkim uświadomiłam sobie, że dawno nie odczułam takiego spełnienia. Wyznaczyłam sobie cel, przygotowałam się i zrealizowałam plan. Taka banalna rzecz, jak udział w biegu uszczęśliwiła mnie. W pracy nie zawsze robi się pasjonujące rzeczy, ale teraz wiem, że aby nie popaść w marazm i rutynę, trzeba znaleźć sobie coś, czego wykonanie przyniesie satysfakcję. Dla zdrowia fizycznego i psychicznego.